19 lat » 12.12.97 » czwarta klasa taneczna » przewodnicząca samorządu uczniowskiego liceum » pokój 55, pierwsze piętro w akademiku liceum » cukrzyca typu pierwszego » roztrzepaniec » wieczny uśmiech na twarzy » otwarta, odważna i optymistyczna » zielone końcówki włosów » ojciec - wybitny gitarzysta » matka - była baletnica, dyrektorka szkoły baletowej » trenowała balet 13 lat » dwoje rodzeństwa z poprzedniego małżeństwa ojca, nazywana przez nich bękartem.
- Zostały mi tutaj jeszcze niecałe dwa lata. Wszystko tak pięknie się układa.
Rodzice myślą, że ciągle trenuję balet. W sumie chyba nawet nie za bardzo ich to obchodzi, bo rozmawiam z nimi raz na pół roku i to tylko, kiedy sama zadzwonię, więc pewnie na stronę szkoły też nie wchodzą. Gdyby tak było, to dawno zorientowaliby się, że wcale nie wybrałam baletu, a hiphop. A może właśnie wiedzą, tylko mają to już w ogóle gdzieś, skoro ostatni raz widzieliśmy się... cztery lata temu? Nie wiem. W sumie, to nie obchodzi mnie to, ważne, że już z tym koniec.
- Dlaczego nie chcesz już tego robić? - zapytał, a ja chyba po raz pierwszy od pół godziny, jak siedzimy na tym korytarzu, usłyszałam jego głos. Tak normalnie, w pełnym zdaniu. To dopiero, Lisa, jesteś cholerną szczęściarą! Z iloma dziewczynami ten gościu rozmawia, co? - Poświęciłaś temu większość swojego życia...
Wyglądał na zdezorientowanego. Ale nie dziwię mu się. Kto normalny rzuciłby nagle trzynaście lat baletu po to tylko, żeby pobawić się w hip hop? Bo serio, w porównaniu do tego, co przechodziłam przez trzynaście lat - hip hop, to zabawa. Też wymaga wiele pracy, ale ta pod okiem mojej matki była jak niekończąca się opowieść. A przecież każda opowieść powinna mieć swój koniec, najlepiej happy end! Z nią nie było na to szansy. Ta kobieta zabierała całą nadzieję. Otwarcie mi mówiła, że balet nie jest po to, by dobrze się bawić, tylko ma być sztuką sam w sobie. Cierpisz po to jedynie, żeby być idealnym. I to jest cel. Nawet nie oklaski po występie, nie pochwały, nie nagrody. Tylko ta perfekcja, której nigdy nie będziesz mógł osiągnąć.
- Widziałeś kiedyś szczęśliwą baletnicę? - zapytałam, patrząc na swoje kolana. - Przez całe swoje życie poznałam na prawdę wiele baletnic, ale żadna z nich nie była szczęśliwa. Przychodziły do szkoły mojej matki, odchodziły, często płakały, zwykle na początku. Potem stawały się już takimi skałami, że nie czuły nic. To znaczy, te, co wytrzymały do tego czasu, bo większość się poddała. Te ze słabszą psychiką kończyły batdzo źle.
Moja matka prowadzi jedną z najlepszych szkół baletowych na świecie. Najlepszych, oznacza tyle, że wychodzą z niej tylko i wyłącznie najlepsze tancerki. Bo to, co dzieje się w środku, na zajęciach jest czymś okropnym, przynajmniej dla mnie. To było, jak pranie mózgu. Programowanie człowieka, który nie ma prawa czuć. Nie ma prawa być szczęśliwym, a tym bardziej płakać. Trening w szkole baletowej mojej matki nie opierał się tylko na ćwiczeniach praktycznych. Podczas żmudnego wykonywania piruetów, skłonów, wyskoków i reszty pojedynczych kroków, wygłaszała często ten sam monolog.
"Baletnica jest rzeźbą, wykonaną przez samego Boga. Baletnica powinna być idealna. Aby stać się idealną musi poświęcić się temu całkowicie. Odrzucić inne cele, pozbyć się uczuć, wyrzec miłości..."
Za każdym razem, kiedy to słyszałam, miałam ochotę krzyczeć, więc czym jestem ja?! Jeśli nie jestem z miłości, to dlaczego w ogóle żyję? Ale nigdy o to nie zapytałam. Zawsze tylko chciałam jej dorównać, być tak dobra jak ona, być najlepsza ze wszystkich, aby móc być godnie nazywaną mianem jej córki. Chciałam, żeby była ze mnie dumna, żeby mnie pochwaliła. Chciałam sobie w końcu zasłużyć na odrobinę miłości. Było to trudne, bo od dziecka choruję na cukrzycę, co samo w sobie jest oznaką niedoskonałości. Ale starałam się, dbałam o siebie, pilnowałam zdrowia, odżywiałam się odpowiednio i trenowałam tak ciężko, jak tylko mogłam, a i tak jedyne, co dostałam w zamian za swoją ciężką pracę, to jeszcze większe wymagania, jeszcze więcej chłodu i jeszcze więcej samotności.
Jeśli sądzisz, że to, co spotkało mnie z jej strony, to najgorsze, co mogło mnie spotkać, to nie znasz mojego rodzeństwa. Co prawda jedynym dzieckiem matki jestem ja, ale ojciec miał przed nią inną kobietę. Żonę i dwójkę dzieci. A moja matka to zepsuła. Zniszczyła ich rodzinę. Więc nigdy nie dziwiłam się, dlaczego Hara i Jung tak mnie nienawidzili. Co nie zmienia faktu, że to strasznie bolało. Dużo wtedy płakałam... ale tak, żeby nikt nie widział, zwłaszcza matka. Przecież miałam być skałą, rzeźbą, a kamienie nie płaczą. Dlatego tylko moja poduszka wiedziała, co się ze mną dzieje na prawdę.
Matka uderzyła mnie w policzek, kiedy powiedziałam, że chcę uczyć się w GBS. To przecież zdrada. Jak mogłam tak po prostu rzucić jej szkołę? Przecież była najlepsza. Nie odzywała się do mnie aż do wyjazdu. Na lotnisku jedyne, co powiedziała, to "pracuj ciężko i nie wracaj bez sukcesów". Miałam wtedy nadzieję, że nie wrócę już nigdy.
Przez pół roku miałam rozszerzony balet. Jednak dużo myślałam nad sobą i takimi wielkimi rzeczami, jak sens życia, więc kiedy dowiedziałam się, że jest możliwość zmiany rozszerzenia, postanowiłam przenieść się na hip hop. Odciąć od tego, co było kiedyś, zrzucić z siebie tą kamienną maskę, przestać udawać ideał. I dopiero wtedy zaczęłam tak na prawdę wzrastać. Taniec zaczął przynosić mi radość, mogłam w końcu tańczyć do takiej muzyki, jaką czułam. Pootwierałam wszystkie pozamykane w sobie szufladki. W zeszłym roku zostałam zastępcą przewodniczącego liceum, a w tym roku samą przewodniczącą! Ludzie zaczęli doceniać mnie, lubić mój charakter, patrzeć na mnie nie przez pryzmat nazwiska, tylko tego, co sama zrobiłam.
- Podziwiam. - powiedział chłopak, a ja uśmiechnęłam się szeroko. Patrzył na mnie z uznaniem. Widziałam to w jego oczach. Nigdy wśród członków mojej rodziny nie byłam tak szczęśliwa, jak w tej szkole. Tutaj dopiero mogę być sobą. I nie muszę być idealna.
- Ja podziwiam ciebie! - powiedziałam wesoło po chwili ciszy. - W tak krótkim czasie tyle osiągnąć!
- To tylko kapitan szkolnej drużyny... - wzruszył ramionami, ze skromnym uśmiechem na ustach.
- Daj spokój, widziałam cię na boisku! - klepnęłam chłopaka w ramię, na co ten popatrzył na mnie lekko zdezorientowany. No wiem, w tej szkole rzadko można spotkać kogoś, kto tak się zachowuje. Znaczy... widziałam parę osób, w końcu sama taka jestem, a swój do swego ciągnie nieubłaganie. Tylko, to przecież szkoła dla tych z elity, tych ułożonych, godnych, spadkobierców... i w samym środku tego patosu jestem JA - szalona Lisa z czwartej tanecznej. Zaśmiałam się głupio. - Grasz jak Ronaldo~
Chłopak po chwili zaczął się śmiać i pokręcił głową.
- To o blondynkach, to jednak prawda... - mruknął, a ja otworzyłam szeroko wszystkie otwory, znajdujące się w mojej twarzy. Nawet moje pory się oburzyły!
- Przepraszam bardzo, czy ty mnie dissujesz? Mam odrosty nie widzisz? To znaczy, że mózg jeszcze walczy! - Gdy w końcu chłopak uspokoił swój śmiech, ze szkolnego studia wyszedł koordynator radiowy i zaprosił go do środka. - No. To na tym się kończy moja robota. Dzięki, że w końcu zgodziłeś się na ten wywiad, to dla naszej szkoły coś wielkiego!
- Nie ma sprawy. - uśmiechał się lekko. Był dziwny, nie taki jak wszyscy w tej szkole. Był skromny i delikatny, zupełnie inny. Nie wiem tylko czy taki był na co dzień, czy jedynie ostatnim czasem. - Trochę mnie to przeraża... - dodał cicho.
- No co ty! Na pewno dasz radę, w końcu jesteś Alex! - popatrzył na mnie znowu z miną wymalowaną w niezrozumienie.
- Myślałem, że powiesz Huang... - Racja, to powiedzenie bierze się z oddawania chwały swojemu nazwisku, na którego dumę pracowały całe pokolenia. To duma być częścią rodziny. Ale większą dumą powinny być sukcesy jednostki. W tym przypadku Alex'a, a nie jego przodków. Powinien być dumny z tego, do czego sam doszedł.
- Nie... Huang, to twój ojciec. Ty jesteś Alex. - powiedziałam z wielkim uśmiechem. - Jesteś sobą. Podbiłeś całe GBS, a z wywiadem sobie nie poradzisz? Hwaiting, Sunbae! - uśmiechnął się lekko i pokiwał głową.
- Okej. Dzięki, miło się rozmawiało. - powiedział cicho.
- Jasne! Porozmawiajmy jeszcze kiedyś! - zawołałam, kiedy odchodził, na co on tylko pokiwał głową i pomachał mi, by po chwili zniknąć za drzwiami studia radia szkolnego na wydziale studenckim. Ta audycja miała być wyemitowana w całej szkole, łącznie z liceum, więc chłopak miał się czym stresować. Ale wierzyłam, że da radę. Nawet byłam z niego dumna. Chłopak jest w moim wieku, jest najmłodszy w swojej drużynie i odkąd został kapitanem drużyny, z każdego meczu pozaszkolnego przywozi zwycięstwo.
Powinnam go częściej zagadywać, jest fajnym gościem.